Szkoła średnia vs. Studia

with Brak komentarzy

„Czekaj, czekaj! Pójdziesz na studiach to zobaczysz!” – rzuciła sąsiadka, gdy kolejny raz skwitowałam wzruszeniem ramion jej opowieści o córce. Właśnie rozpoczęła kolejny etap edukacji i bardzo to przeżywała. Zaczynałam wtedy liceum i o studiowaniu nie wiedziałam kompletnie nic, ale płakanie do telefonu z powodu odrapanych ścian i grzyba w akademiku wydało mi się wtedy mocno przesadzone.

Liceum, do którego uczęszczałam, znajdowało się ponad 20 km od mojego rodzinnego domu, w sąsiednim mieście. Zmusiło mnie to do podporządkowania się dojazdom, które w naturalny sposób zaczęły regulować tryb mojego życia. Wstawałam o 5 rano, by zdążyć na lekcje o 7 i wracałam często późnym popołudniem lub wieczorem, gdy było już ciemno (w zimie). Mimo tego, że dostawałam szału, gdy wczesnym rankiem musiałam opuszczać ciepłe łóżko i klęłam wieczorami, gdy musiałam się uczyć, zamiast odpoczywać po ciężkim dniu, dzisiaj, z perspektywy czasu, śmiało mogę stwierdzić, że bardzo mnie to zahartowało.

Wyprowadzka z domu na studia do Krakowa była dla mnie oczywistością i nie brałam pod uwagę innej opcji, nawet wtedy, gdy nie dostałam się na wymarzone studia dzienne i postanowiłam zrekrutować się na zaoczne. No i co będziesz robiła w ciągu tygodnia? Nie mamy tyle pieniędzy na to, żeby opłacić ci studia i jeszcze dać na życie… – załamywała ręce mama. No jak to? Pójdę do pracy! – odpowiadałam z przekonaniem, bo finansowe uniezależnienie się od rodziców (przynajmniej częściowo) było wtedy moim największym życiowym priorytetem. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Jak zmieniło się moje życie?

Życie codzienne

Wprowadziłam się do mieszkania i nagle uświadomiłam sobie, że istnieją rzeczy, o których nie miałam do tej pory zielonego pojęcia lub nie zwracałam na nie uwagi. Robienie zakupów, przygotowanie posiłków, zmywanie garów, wynoszenie śmieci. Podział obowiązków ze współlokatorami oraz nauka życia w kilka osób na niewielkiej przestrzeni tak, aby się wzajemnie nie pozabijać. Przyzwyczajenie się do faktu, że w moim pokoju jest ktoś jeszcze i że nie mogę już czytać książek do 3 nad ranem, bo koleżance przeszkadza światło. Kolejka do łazienki. Konieczność opłacania rachunków, które zaczęły pożerać znaczną część mojego budżetu. I wreszcie: szacunek do pieniędzy. Kiedy sam zaczynasz zarabiać, nagle trzy razy zastanawiasz się, zanim wydasz je na pierdoły.

Zmiana środowiska

Przeprowadzka z małego miasteczka do jednej z największych polskich aglomeracji była dla mnie małym szokiem i zmusiła do przewartościowania większości swoich poglądów. Już nikt nie interesował się tym, kim jestem i dlaczego wracam do domu po północy, w co wierzę i dlaczego nie chcę chodzić do kościoła oraz kim są ludzie, którzy co kilka dni pojawiają się w moim mieszkaniu. Spłynęła na mnie upragniona wolność, ale wraz z nią ogromna odpowiedzialność. Bałam się Krakowa: tego, że nie ogarnę komunikacji miejskiej, która mnie przerażała, że się zgubię, że ktoś mnie napadnie, zgwałci i zabije (albo na odwrót). Jednocześnie zachwyciłam się ogromem możliwości, kawiarni, w których można posiedzieć, klubów, w których można potańczyć i miejsc, w które można pójść na spacer. Po kilku tygodniach byłam już pewna tego, że spędzę tutaj kilka najbliższych lat życia, bo zakochałam się w tym mieście.

Studia

Z uwagi na to, że studiowałam zaocznie musiałam się pożegnać z wolnymi weekendami. Zajęcia zaczynały się w piątek, a kończyły w niedzielę. Zjazdy mieliśmy co dwa tygodnie, zdarzało się jednak, że wypadały dwa tygodnie pod rząd. I to było najgorsze: trzy tygodnie bez przerwy na odpoczynek skutecznie potrafiło człowieka zmęczyć, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pamiętam, że w LO często dobijały mnie ciągnące się w nieskończoność lekcje, które trwały 45 minut. Zatęskniłam za nimi podczas półtoragodzinnych wykładów, które czasami były tak nudne, że musiałam walczyć z opadającymi powiekami i położeniem głowy na ławce. Uwielbiałam jednak te, które były bliskie moim zainteresowaniom i z radością przychodziłam na nie nawet w niedzielę, o 8 rano, po nocy spędzonej „na mieście”. O ile w LO uczyłam się w miarę na bieżąco, o tyle na studiach popadłam w charakterystyczną prokrastynację i zostawiałam wszystko na ostatnią chwilę, tzn. na czas sesji, próbując przyswoić materiał z połowy roku w kilka dni. O dziwo, udawało się!

W LO znałam wszystkich z mojej klasy, na studiach po trzech latach nadal nie wiedziałam, jak niektóre osoby mają na imię. Podział na grupy skutecznie sprzyjał integrowaniu się w mniejszych ekipach i zacieśnianiu więzi akurat z tymi, którzy siedzieli najbliżej. Większość osób z mojego roku nie mieszkała w Krakowie i zaraz po zajęciach pędzili na załamanie karku na autobusy i pociągi, które powiozą ich do domów. Kręciłam się zatem w towarzystwie osób, z którymi pracowałam oraz które mieszkały tu na stałe.

Tak naprawdę nigdy nie czułam się studentką. Nie chodziłam na juwenaliowe pochody, a na „imprezie w akademiku” byłam może ze dwa razy. Studia jednak uświadomiły mi, że o swój rozwój muszę zadbać sama i to, kim po nich będę, zależy tylko ode mnie. Bo papierek w postaci obronionego dyplomu to dodatek, o który nikt nigdy mnie nie zapyta.

Nie wiem, czy gdybym dzisiaj miała wybierać raz jeszcze, poszłabym na kierunek, który wybrałam wtedy. Nie wiem, czy w ogóle poszłabym na studia. Być może zrobiłabym sobie roczną przerwę i pojechała w podróż? Chociaż nie, wtedy bym się na to na pewno nie odważyła. Lubię wierzyć, że wszystko, co nas w życiu spotyka ma swój sens i nie dzieje się przypadkiem. Ba, jestem tego pewna!

A jak wyglądała Wasza przygoda z rozpoczęciem studiów? Baliście się opuścić mury szkoły średniej, czy nie mogliście się doczekać, kiedy wreszcie wyprowadzicie się z domu?

Komentarze